Co myślę podczas śpiewania na żywo?

 Z zewnątrz śpiewanie wygląda całkiem romantycznie. Światła przygasają, pojawia się muzyka, wokalistka bierze mikrofon, zamyka oczy i zaczyna śpiewać. Twarz pełna emocji, lekki uśmiech, czasem subtelny gest dłonią. Wygląda, jakby właśnie przeniosła się do jakiegoś innego wymiaru. I właściwie jest w tym trochę prawdy. Tylko że ten wymiar nie zawsze wygląda tak, jak można byłoby się spodziewać.

Nie mam okazji śpiewać na żywo swoich piosenek. Nie jestem na tym szczeblu popularności, żeby to robić. Natomiast jestem doświadczona w śpiewaniu dla ludzi tego, co lubią i co znają. To moja praca. I choć odnajduję w tym charakterze występów artstyczny vibe i daję się niejednokrotnie ponieść, to w mojej głowie zachodzi wowczas pokaźna liczba dziwnych procesów myślowych.

Gdy śpiewam jakąś piosenkę, to najczęściej myślę właśnie o niej. O tym jak ją zaśpiewać w tym danym momencie, bo często improwizuję. Z zespołem na żywo ma się ten komfort, że jeden okrzyk do tyłu pt; "refren" lub "solo bas" i dpowiedni gest powoduje, że zmienia się forma utworu lub jego charakter. Mogę zespół ściszać, uspokajać i znów nakręcać mocne podejście do refrenu. Lubię to i cieszę się, że mam zespoł, z którym można tak na scenie szaleć i urozmaicać utwór, który grało się już 536 razy.

Ale oprócz oczywistych analiz myślowych pojawiają się jeszcze inne. Na przykład czarna dziura w głowie. Bo nagle nie pamiętam, czy w tym utworze - ktory już śpiewam i zbliżam się do refrenu -  refren jest dwa razy za każdym razem, czy tylko na końcu albo wcale. Myślę: taki krótki, to chyba dwa razy, ale nie wiem i czekam po jednym razie, słucham basu i perkusji żeby się zorientować, czy jest przejście na zwrotkę czy nie. No i czasem łapię się w porę, a czasem udaję, że muszę coś odkaszlnąć, żeby dać sobie 2 sekundy i spóźniam się z wejściem, którego nie jestem pewna czy w ogóle jest. Nie oceniajcie, to naprawdę ciężkie zapamiętać formy utworów, gdy ma się ich w swoim zawodowym repertuarze ponad 300.

Podczas śpiewania łapię kontakt wzrokowy z ludźmi i zastanawiam się, co myślą. Czy im się podoba, czy nie. Czy patrzą na mnie, bo dziwnie się ubrałam, czy może że tak ładnie wyglądam. Obie wersje absolutnie zawsze są możliwe. 

Bywa jednak i tak, że gdy śpiewam totalnie opanowany utwór, w którym improwizuję - żeby poczuć w nim coś nowego - to robię to tak lekko i bez skupienia, że zaczynan myśleć o czymś zupełnie innym. To się nazywa level hard of multitask moi drodzy. Śpiewam, patrzę na ludzi, uśmiecham się, gestykuluję, prowadzę zespół przez formę utworu i myślę o tym, czy wysłałam profesorowi pracę zaliczeniową z Socjologii albo czy mam jeszcze płyn do prania, bo jutro niedziela...

Często jest też tak, że po prostu płynę i cieszę się ze śpiewania nie myśląc totalnie, tylko słucham muzyki, którą gra mój zespół. I to są najlepsze momenty. Czas wtedy leci jak z bicza strzelił i ani się obejrzę, a trzeba zwijać kable.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz