Zostałam śpiewającym marynarzem i płynę na Antarktydę

 



Są ludzie, którzy planują swoje życie. Ja najwyraźniej klikam „odpowiedz” na maile i patrzę, co się stanie.

Nigdy nie marzyłam o Antarktydzie. Nie sprawdzałam cen wypraw, nie szukałam rejsów i nie miałam nawet planu, żeby kiedykolwiek się tam znaleźć. Wydawało mi się, że Antarktyda jest dla naukowców, badaczy i ludzi, którzy mają jakiś bardzo konkretny powód, żeby znaleźć się na końcu świata.

A potem dostałam maila: "Czy jesteś zainteresowana kontraktem...?".
No jestem przecież.

I tak, zupełnie niespodziewanie, z wokalistki i dziennikarki zostałam dodatkowo… młodszym marynarzem pokładowym.

Wiele razy potrafiłam wsiąść w Bydgoszczy w pociąg, pojechać do Gdyni, usiąść na skwerze, popatrzeć na Dar Pomorza i pogadać z Bałtykiem. Po dwóch, trzech godzinach wracałam do domu. Taki mój mały rytuał terapeutyczny.
Pingwiny natomiast śledziłam od czasów internetu na impulsy. Odkrycie, że mają kolana w brzuchu, było jednym z ważniejszych wydarzeń mojego dzieciństwa.

- "Dobra, płynę" - powiedziałam do siebie, po przeczytaniu tego maila.

Tylko później okazało się, że trzeba jeszcze zostać marynarzem. Kurs. Egzaminy. Książeczka marynarska. Certyfikaty. Pierwsza pomoc. Bezpieczeństwo na statku. Badania. Szczepienia. Dokumenty. I jakby tego było mało: nowe kreacje sceniczne.

Wydałam na przygotowania wszystkie pieniądze.
Byłam spłukana.
Byłam przerażona.
I byłam totalnie szczęśliwa, bo absolutnie nic mnie nigdzie nie trzymało. Oprócz psa, któremu znalazłam i zaklepałam opiekę na 6 miesięcy.

Po zdaniu egzaminu mój wuj, podporucznik marynarki, spojrzał na mnie i powiedział:
- "No to mamy kolejnego marynarza w rodzinie".

No dobra, to płynę zaraz. Pingwiny jeszcze o tym nie wiedzą.
Antarktydo, nadchodzę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz